kapitan

Mateusz Stodulski

Podobno żegluję dłużej niż od urodzenia ale nie jestem w stanie ustalić dokładnej daty, więc przyjmuję, że jestem żeglarzem od 31.05.1980 roku, odkąd ktoś w kamieńskim szpitalu doliczył się kolejnego obywatela PRL.

Dzięki pasji ojca żagle fascynowały mnie odkąd pamiętam. Każda chwila spędzona na wodzie, czy na przystani odległej od domu o dwieście metrów była czystą przyjemnością a przyjaźnie, które się wtedy zawiązały trwają do dziś. Jeszcze w szkole podstawowej obok żeglarstwa pojawił się windsurfing. Ze względu na bliższy kontakt z żywiołem, większe prędkości i większy indywidualizm ten sport zajął w moim ówczesnym rankingu pierwsze miejsce, chociaż cały czas żeglowałem z przyjaciółmi na klubowych omegach czy skipperach. Biwakowaliśmy pod gołym niebem, wieczory spędzaliśmy przy ognisku i marzyliśmy. Było o czym, bo lata dziewięćdziesiąte mimo gwałtownego zalewu naszej rzeczywistości kolorową kulturą zachodu, nie dawały nam jeszcze realnej nadziei na to, że nasze stare omegi wymienimy w dającej się przewidzieć przyszłości na skrzydlate, pełnomorskie jachty potrzebne do pogoni za przygodami sławnych żeglarzy. Czas jednak robił swoje i biegł szybciej niż ktokolwiek mógł to przewidzieć. Kolekcja uprawnień, doświadczeń, przyjaźni i przeczytanej literatury wciąż rosła.

Studia socjologiczne w Poznaniu odciągnęły mnie na jakiś czas od bałtyckich plaż ale tylko po to, żeby uświadomić mi z jeszcze większą siłą jakie środowisko jest moim żywiołem. Szybko zacząłem pracę i często zmieniałem fach, najdłużej pracując z ojcem w warsztacie ślusarskim a potem również jako urzędnik. W końcu udało się zrealizować ważne marzenie i kupić wspólnie z ojcem pierwszy jacht!

Tango 730 z Giżycka nie był to jeszcze jacht, który miał mnie zanieść na drugi koniec świata, ale łódź ta pozwoliła mi sprawdzić się w wielu trudnych sytuacjach i przekonać się, że chociaż z morzem nie ma żartów, to nawet mały, mieczowy jacht ale dobrze przygotowany i rozsądnie dowodzony może dostarczyć swoją załogę bezpiecznie do każdego portu. Na Sputniku penetrowaliśmy zakamarki Bałtyku i wychylaliśmy się na Morze Północne.

W roku 2011 zdałem sobie sprawę, że siła nabywcza polskiej złotówki stała się wystarczająca do pokuszenia się o zmianę jachtu na większy. W szwedzkich marinach pojawiło się sporo starszych, ale solidnych jachtów za rozsądne pieniądze. To co nie było możliwe dla pokolenia moich rodziców i ich polskich rówieśników czterdzieści lat temu, dla mojego pokolenia okazało się dostępne. Kupiłem Shipmana 28, który stał się Sputnikiem II i w tym samym czasie doszedłem do wniosku, że czas na realizację marzeń!

Rejs dookoła świata. Bez pośpiechu, napiętych terminów, możliwie bezpiecznie i w zgodzie z porami roku. Rejs, w którym najważniejszym celem jest poznanie i zrozumienie świata drugiej dekady XXI wieku, poznanie ludzi. Rejs, który pozwoli zweryfikować dotychczas zdobytą wiedzę, obalić mity, pozbyć się uprzedzeń i kompleksów „nowych” Europejczyków. Termin wyznaczyłem na rok 2014.