Sputnik po bretońsku

Dobra kotwica to niezawodny przyjaciel żeglarza. My mamy trzy. Jednej nie pożyczyłbym dwudziestu złotych, z drugą można iść na imprezę i wypić kilka piw, może nawet postraszyć miejscowych nastolatków, a z trzecią można próbować robić szybkie interesy ale nie mam takiej, z którą mógłbym iść na wojnę.

Cuisine des Ports

– Cholerna żyłka! Znowu się poplątała! Nie po to wyciągam wędkę, żeby się tylko bawić w rozwiązywanie supełków i kombinowanie z tymi pilkerami, przyponami i przywieszkami ale żeby złapać rybę i ją zjeść! To powinno być proste! Widocznie potrafię łowić tylko bornholmskie dorsze. Z tymi tutaj chyba się nie dogadam.

Z Amsterdamu uciekliśmy w niedzielne popołudnie po trzech dniach zwiedzania. Dłuższy pobyt tutaj groził śmiercią pod kołami cyklistów terrorystów mających pierwszeństwo przed wszystkim co się znajduje na tej planecie i o dziwo nie zabijających się o siebie nawzajem.

I am sterdam

– Witamy w Holandii, kontrola graniczna, poproszę wasze dokumenty, dokumenty jachtu i fakturę zakupu łodzi. Możemy wejść na pokład?
Dopiero co dopłynęliśmy do wyspy Vlieland, jeszcze nie zameldowaliśmy się u bosmana a już nas kontrolują? Paszporty proszę bardzo ale faktura za jacht?

– Dobry wieczór. Widać, że przygotowaliście się do żeglowania tam, gdzie jest ciepło. Solary, samoster, kwiaty – macie śliczny mały jacht! Mówicie wszyscy po niemiecku?
– Tak, lepiej lub gorzej ale się dogadujemy. Zgadza się, żeglujemy na zachód i potem dalej dookoła świata.