U źródeł pasatu

Skończyliśmy włóczęgę wzdłuż portugalskiego wybrzeża. Ponad dwa tygodnie minęły od czasu, kiedy na dworcu w Cascais przywitaliśmy radośnie dołączającego do nas Mateusza Stańczaka i trzy dni od smutnego pożegnania z Karoliną na lotnisku w Faro. Powitaniom i pożegnaniom towarzyszą zawsze skrajne emocje.

Sjesta, fiesta i maniana!

Dotarliśmy do Cascais, które można uznać za nadmorskie przedmieścia Lizbony. Dzisiaj przylatuje do nas Mateusz – nasz przyjaciel z Kamienia Pomorskiego. Jego przybycie było zaplanowane już kilka miesięcy temu. Wyrobiliśmy się na styk, ale mało brakowało, a mogliśmy utknąć na dobre w oddalonym o pięćdziesiąt mil Peniche, gdzie przez kilka dni walczyliśmy z awarią steru.

Skok przez Biskaj

– Dwie torpedy na trawersie lewej burty! Kurs kolizyjny!
To już druga noc w kokpicie, prawie bez snu i w trudnych warunkach żeglugi pod wiatr. Po przedwczorajszej wizycie w bunkrach dla hitlerowskich łodzi podwodnych w Lorient różne rzeczy się we łbie rodzą ze zmęczenia ale atak torpedowy? Na jacht? Siedemdziesiąt lat po wojnie?

Sputnik po bretońsku

Dobra kotwica to niezawodny przyjaciel żeglarza. My mamy trzy. Jednej nie pożyczyłbym dwudziestu złotych, z drugą można iść na imprezę i wypić kilka piw, może nawet postraszyć miejscowych nastolatków, a z trzecią można próbować robić szybkie interesy ale nie mam takiej, z którą mógłbym iść na wojnę.

Cuisine des Ports

– Cholerna żyłka! Znowu się poplątała! Nie po to wyciągam wędkę, żeby się tylko bawić w rozwiązywanie supełków i kombinowanie z tymi pilkerami, przyponami i przywieszkami ale żeby złapać rybę i ją zjeść! To powinno być proste! Widocznie potrafię łowić tylko bornholmskie dorsze. Z tymi tutaj chyba się nie dogadam.